Eliksir młodości

Ten artykuł możesz przeczytać również w wersji mobilnej »

Ostatnie 25 lat, czyli większość swojego życia, to bordowe Ferrari 365/4 GTB Daytona Berlinetta spędziło w garażu. Jego licznik zatrzymał się w 1989 roku, na 93 594 km. Teraz samochód znów wyjechał na światło dzienne - a w marcu trafiło na aukcję.

Zdjęcie

365 GTB/4 to ostatnie Ferrari sprzed ery Fiata, który kupił połowę udziałów w firmie z Maranello w 1969 roku. /RM Auctions

Dinozaur! - krzyczeli rozczarowani fani superaut jesienią 1968 r., gdy debiutowało 365 GTB/4. Po premierze Lamborghini Miury z umieszczonym centralnie silnikiem (1966) wielu spodziewało się, że z tej samej koncepcji skorzysta Daytona, bo taki przydomek zyskał nowy model po sukcesie Ferrari w wyścigu Daytona Beach w 1967 r.

Włoscy inżynierowie pozostali jednak wierni klasycznej architekturze z silnikiem z przodu i umieszczoną przy tylnej osi skrzynią (układ transaxle). Projekt nadwozia tradycyjnie zlecili studiu Pininfariny. Szef stylistów Leonardo Fioravanti, jako ekspert od aerodynamiki, skupił się głównie na wygładzeniu sylwetki. Nie zapomniał jednak o wysmakowanych detalach - wystarczy spojrzeć na filigranowe lusterka czy chowane klamki.

Reklama

Pod maską Ferrari pracuje 4,4-litrowa widlasta "dwunastka" o mocy 358 KM, połączona z 5-biegową skrzynią. Ze względu na maksymalną prędkość 280 km/h Daytona przez kilka lat cieszyła się tytułem najszybszego auta świata i pozostawała ikoną szybkiego przemieszczania się, niczym pociąg TGV czy samolot Concorde. A czas działa tylko na jej korzyść. Ceny zadbanych 365 GTB/4 ciągle rosną i są dziś znacznie wyższe niż w przypadku następców z centralnie umieszczonymi silnikami, budowanych po wykupieniu firmy przez Fiata.

Prezentowany egzemplarz wciąż należy do I właściciela - Patricka Sinna z Toronto, który nabył go w 1971 roku. W ciągu kolejnych 18 lat przejechał ponad 93 tys. km. Gdy w 1989 roku ze względów rodzinnych wyjeżdżał do Hongkongu, swoje Ferrari nakrył pokrowcem i zostawił w garażu. I mimo że po 6 latach wrócił do Kanady, na kolejną przejażdżkę Daytona musiała poczekać aż do teraz.

- W 1971 roku byłem na nartach w Charmonix i już miałem wyjeżdżać z Europy. Na lotnisku w Genewie okazało się, że samolot będzie znacznie opóźniony, postanowiłem więc nie marnować czasu i odwiedzić odbywający się właśnie salon samochodowy. Ferrari akurat wystawiało tam dwie Daytony i 246 Dino. Wtedy zobaczyłem Daytonę po raz pierwszy i cóż... od razu się zakochałem. Wsiadłem do środka, obszedłem wóz jakieś milion razy i pomyślałem: "Chcę go mieć". Zapytałem sprzedawcy, w jaki sposób można kupić Daytonę, a on odparł, że trzeba złożyć zamówienie u dealera. Ja jednak nie chciałem czekać zbyt długo - postanowiłem pojechać do fabryki i tam wybrać odpowiedni egzemplarz, to był najszybszy sposób. Anulowałem więc lot do Toronto i kupiłem bilet do Mediolanu. Tam wynająłem samochód i pojechałem do Modeny, gdzie zamówiłem Daytonę z metalicznym lakierem Bordeaux Red i dwukolorową tapicerką - taka podobała mi się najbardziej. Po doliczeniu zapasu części zamiennych zapłaciłem około 18 tys. dolarów. Po samochód kazali mi wrócić latem, ale nim wysłałem go do Kanady, postanowiłem jeszcze trochę pojeździć nim po Europie - wspomina 77-letni dziś Patrick Sinn.
Nigdy nie zapomnę pierwszej trasy do Genewy, niemal w całości wiodącej autostradą. Zatrzymałem się wtedy w InterContinentalu i szybko zawarłem nowe znajomości - wielu gości podchodziło do mnie, pytało, chciało się przejechać, a w zamian zapraszało mnie do restauracji albo na imprezy. Zorientowałem się wtedy, że Europejczycy wiedzą o Ferrari znacznie więcej niż Amerykanie. Po miesiącu pojechałem do Modeny na pierwszą wymianę oleju i wybrałem się jeszcze do Marsylii, skąd złapałem prom do Nowego Jorku. Ferrari trafiło pod pokład, a ja co kilka dni schodziłem sprawdzić, czy wszystko jest z nim w porządku. Z Nowego Jorku pojechałem do Toronto. Oczywiście na granicy zabronili mi wwiezienia samochodu, bo nie spełnia on norm bezpieczeństwa i spalin. Ale puścili mnie - w tamtych czasach import był niewielki, przekonałem ich po prostu, że Ferrari nie spowoduje znaczących szkód w środowisku (...) Gdy w 1989 roku zmarł mój tata i musiałem wyjechać do Hongkongu, myślałem, że pobędę tam tylko kilka miesięcy. Miałem jednak dużo pracy, sprawy się przeciągnęły, wróciłem dopiero po 6 latach. Miałem już wtedy Mercedesa 280 SL i Forda, Ferrari nie było mi potrzebne. Patrząc na nie ostatnio pomyślałem, że albo poddam je renowacji, albo ktoś inny będzie miał z niego mnóstwo radości. Wybrałem opcję numer dwa - w moim wieku nie cieszyłbym się samochodem tak jak dawniej.

Auto jest sprawne, po podstawowym przeglądzie, ale wymaga renowacji. W odtwarzaczu wciąż znajduje się kaseta z epoki, z napisem "Disco Rock". Dom aukcyjny RM Auctions szacuje, że Daytona uzyska cenę na poziomie 600 tys. dolarów (koszt myjni nie jest wliczony).

Ferrari 365 GTB/4 Daytona (1971)

liczba zdjęć: 17

Z KART HISTORII
1968 r. - premiera 365 GTB/4 podczas salonu samochodowego w Paryżu
1969 r. - studio projektowe Scaglietti na zlecenie Ferrari buduje otwartą wersję Spider (powstały tylko 122 sztuki, większość trafiła do USA)
1971 r. - wprowadzenie chowanych przednich lamp (początkowo były umieszczone w akrylowych kloszach)
1973 r. - zakończenie produkcji (powstało 1316 egzemplarzy)

DANE TECHNICZNE
Silnik: benzynowy, V12, 4390 cm3, 358 KM/7500/min; napęd: tylny, skrzynia manualna, 5-biegowa; osiągi: 0-97 km/h - 5,4 s, prędkość maks. - 280 km/h, średnie zużycie paliwa - ok. 19,5 l/100 km; cena: ok. 1,5 mln zł

msob, zdj.: RM Auctions

Artykuł pochodzi z kategorii: Na luzie

magazynauto.pl

Zobacz również

  • Używany Peugeot 607 (2000-2010) – niedoceniany

    W „Motorze” nr 52 z 20 grudnia 2004 roku w dziale „Używane” - opis przestronnego i komfortowego Peugeot 607. więcej